.navbar { display:none; }
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakalendarzykowanych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakalendarzykowanych. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 marca 2014

27. 03 Dzień Teatru

Witam, cześć i czoooołem!

Nie uwierzycie, dobra uwierzycie - moja rola bezdomnego ujrzała światło dzienne, wnikliwe oczyska oceniających i... widzów. Ale wszystko po kolei.

Rano wszyscy zebraliśmy się w szkole ( o 8:10 czyli... lekcjom dzisiejszym mówię papa), ocenialiśmy moją piękną czapeczkę zapożyczoną od dziadka i zastanawialiśmy się jak ja ułożyć, żeby wyglądała po "menelsku", a dokładniej "po bezdomnemu". W końcu stawiliśmy się na przystanku, z przystanku w szkole - swoją drogą znajduje się ona w jednym z najmniej przyjemnych okolic w moim miasteczku. Metalowe ogrodzenie, podejrzane rujnujące się budynki, jakieś kominy i dziwnego kształtu gimnazjo - liceum. Brr... jak w jakimś zakładzie karnym. nie powiem szkoła w środku jest w miarę przytulna (i sprzedają tanie, ciepłe obwarzanki ^^), ale mogli postawić ją w mniej przestępczym miejscu. Przydzielili nam klasę do języka niemieckiego. Cały nasz zespół (kółko teatralne z podstawówki i z gimnazjum) szybko przyzwyczaił się do pomieszczenia - po kilkunastu minutach wszystkie ławki zasłane były torbami, paluszkami, styropianem, tekturowymi siekierami, kolorowymi spódniczkami, sznurówkami i innymi dziwacznymi (lub mniej) przedmiotami. Do naszego występu zostało jeszcze duuużo czasu, dlatego mogliśmy wykorzystać go jak chcemy. Ups... zapomniałam. Nasze gimnazjalne kółeczko wystawiało sztukę w konkursie teatralnym obejmującym miasto, dlatego jechaliśmy do innej szkoły - bo tam się to wszystko odbywało (skleroza nie boli...) . 
Najpierw zajęłam się mazianiem buzi, żeby przypominała zaniedbaną i brudną. Chodziłam sobie po szkole. W końcu siadłam przy jakiejś ścianie, wystawiłam futerał z karteczką "dziękuję",wrzuciłam miedziaki i dziesięć złoty (zgadnijcie kogo był to pomysł, może się ktoś z Was się domyśla :D). Patrzyłam błagalnymi oczkami na uczniaków. Niektórzy się śmiali. jakaś dziewczyna zagadała mnie i mówiła, że wrzuci mi może 50 groszy, ale chciała wydać je na lizaka. Nie pomogło "ty masz chociaż dom, ja nie", chociaż w końcy stanęło na 20 groszach ^^. Wygłupiałam się (jak to się mówi) ile wlezie, żeby zapełnić sobie czas. W końcu przyszła kolej na nas. Scena była mała, nawet bardzo. Umieszczono tam prowizoryczna kurtynkę, która nie do końca kryła prowizoryczne kulisy. Naszą widownią były osobistości z innych szkół, czyli, że uczniowie z kółek teatralnych i... jurorzy. 
Weszliśmy, przygotowaliśmy się i wszystko się zaczęło. Uważam, że wyszło przecuuuudoooownie! Koleżanka dobrała świetną muzykę, wymyśliła nawet choreografię, no i mieliśmy w swoim zespole niezwykle utalentowanych Sebka i Sarę. A jak mi poszło? Ech...Weszłam z uśmiechem na twarzy, stanęłam gdzieś z przodu (koleżanka wrzuciła mi moje 10 złoty). Grałam próbując utrzymać uśmiech. Zamknęłam nawet oczy, żeby wyglądało, że się tak wczuwam. Koleżanka oczywiście była genialna (w sztuce Diana), darła się na mnie dlaczego się uśmiecham, przecież jestem bezdomna, a robiła to niezwykle wiarygodnie. Ja nie byłabym sobą gdybym się nie pomyliła, ale improwizowałam jak się dało. Nawet jakaś jurorka się do mnie uśmiechnęła, nie pozostałam dłużna, a co? 
Byliśmy z siebie dumni. No i dostaliśmy... uwaga, uwaga... pierwsze miejsce!!! Darliśmy się, skakaliśmy ze szczęścia. Ja byłam lekko zdziwiona, bo myślałam, że inna szkoła dostanie to miejsce. Tak więc czeka nas dwunastego kwietnia występ w teatrze :D Nie mogę się doczekać!!!

A teraz wyjaśnienie, dzisiaj jest Dzień Teatru (Kalendarz DN) stąd taka przydługa notka, no i też dlatego odbył się dzisiaj ten konkurs :) Nie martwcie się nie będę Was katować takimi długimi notkami, bo pewnie padacie z nudów przed komputerami, laptopami, telefonami czy też tabletami! 

Chyba z tamtego roku zdjęcie... żeby pokazać jak wyglądała
scena ;) 
Pozdrawiam: Stasia

środa, 25 września 2013

Dzień języków obcych (KDN)#8

Międzynarodowy Dzień Języków Obcych 26.09.

Ostatnio nie miałam weny i czasu na pisanie. No i przypomniałam sobie (właściwie siostra mi przypomniała), że wprowadziłam dawno dawno temu (na początku wakacji) Kalendarz DN. A że nie mam pomysłów na żadnego posta zajrzałam do mego kalendarzyka i piszę... W końcu! Przepraszam Was za tak długą nieobecność! Aż wstyd!


Zażalenia (większa część posta. Języki obce nie wchodzą do mej łepetynki...):

  • Dlaczego nie ma jednego języka na świecie? Jest ich tak dużo, że aż w głowie się nie mieści- przynajmniej mojej. 
  • Dlaczego to ja mam rozumieć Anglika, a nie on mnie? W końcu... to ja jestem gościem w ich kraju- prawda? To gospodarz powinien się postarać abym mogła go zrozumieć...
  • Dlaczego ten angielski czyta się inaczej niż pisze? Nie lepiej czytać "langugage" ? Pośmiałabym się chociaż.
  • Dlaczego nauczyciele nie rozumieją, że mam swoje powody żeby nie uczyć się tego języka? Np... eee... Jestem patriotą! Tak- właśnie! Patriotą jestem.


Kiedyś byłam w Zakopanem- na wycieczce z klasą. Za nami szły Chinki... albo Japonki. Szły sobie i mówiły tym ich językiem. Mówi się, że polski język jest bardzo trudny w wymowie dla obcokrajowców, więc ja żebym mogła się pochwalić swoim ojczystym językiem zaczęłam nawijać "w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie". Przyjaciółka zaczęła już kręcić oczami. Więc przerzuciłam się na "konstantynopolitańczykiewiczówna". Niestety Chinki (albo Japonki) odeszły... Ech. jestem ciekawa czy słyszały moje przechwałki i czy były zdziwione.

Kiedyś jechałam autobusem. Nagle kierowca zaczął się wydzierać "Za mało pani zapłaciła! Tylko 3, 20zł a w autobusie inaczej się płaci!!!" Pewna pani zaczęła się rozglądać. Niestety była z innego kraju i nie wiedziała czy to do niej. Usiadła. Kierowca nadal swoje. Więc podeszła do okienka. Kierowca jej mówi, a ona tępo na niego spogląda i się nerwowo uśmiecha. Mężczyzna  nie domyślił się, że owa kobieta nic nie rozumie, a jak już, to dopiero po dłuższej chwili... Jestem ciekawa jak ta pani sobie poradziła :D

A tu taka zabawna pioseneczka. najpierw śpiewa ją się tak:
Hanka modro oka nie siadywaj u potoka
Hanka modro oka nie siadywaj tam
Bo w potoku woda toczy, ona zmyje twoje oczy
Hanka modro oka nie siadywaj tam.

Potem wszystkie samogłoski zmienia się na jedną np. i. Tak więc wychodzi:

Hinki midri iki ni sidiwij i pitiki
Hinki midri iki ni sidiwij tim
Bi w pitiki widi ticzi, ini zmiji twiji iczi
Hinki midri iki ni siidiwij tim.

No to chyba tyle... Macie jakiś pomysł na posta? Jak tak to pomóżcie! Radosną Wariatkę opuściła na chwilę wena... 

Pozdrawiam (jak tam pierwszy miesiąc szkoły?)

niedziela, 21 lipca 2013

Dzień Czerwonego Kapturka (KDN)#7


19.07
Ominęłam Dzień Czerwonego Kapturka?! No nie! Tak chciałam napisać o nim posta... No cóż... I tak go napiszę, z lekkim opóźnieniem co prawda, ale napiszę!

Kto to Czerwony Kapturek?
W pewnym domku mieszkała dziewczynka, która miała jakieś imię, ale pewnie jej mama nie pamiętała jakie i z braku pomysłów nazwała wyżej wymienioną dziewczynkę- Czerwonym Kapturkiem.
Kapturek miała chorą babcię, która z niewyjaśnionych przyczyn mieszkała (uwaga!!!) w lesie... Musiała zanieść staruszce leki. Mama, która sama nie chciała zanieść leków kazała swojej córce to zrobić dodając:
Nie rób tego i tamtego... (Dobra! Wszyscy znamy tę bajkę!)
Niestety dziewczynka była rozpuszczonym jedynakiem.... Poszła i wrzeszczała na cały głos piosenki, zrywając dla kaprysy kwiatki. Jej wydzieranie usłyszał wilk. Biedaczysko! Zapytał dokąd Czerwony Kapturek zmierza, a ona powiedziała dokładniuteńko gdzie. Mówiłam, że jest naiwnym dzieckiem! Wilk, który był głodny poszedł, zjadł babcię i przebrał się za nią.
Dziewczynka poszła do chatki babci, weszła i nie poznała iż osobą leżącą na łóżku nie jest babcia. Od razu widać, że nie odwiedzała za często swojej rodziny. Do tego miała wadę wzroku i słuchu, gdyż nie dostrzegła:
zębów, sierści, pazurów, odstających uszu i pyska.
Wilk połknął kapturka, a potem przyszedł myśliwy i wyjął ją z brzucha zwierzęcia. Niestety dziecko było chwalipiętą i rozpowiedziało wszystkim dookoła swoją przygodę. Biednego wilka wzięto za potwora, a on po prostu robił co do wilka należało!
Wnioski? Czerwony kapturek to:
- Egoista
-Chwalipięta
-Nieposłuszne dziecko
-Na wpół głucha i ślepa osoba
- Naiwna dziewczynka

Pamiętajcie! Nie bierzcie z niej przykładu!!!

Na koloniach był konkurs "mam talent". Kilka osób zorganizowało przezabawny skecz o CZerwonym Kapturku. Oto on:
Narrator: - Dawno, dawno temu na wiecie żyły same babcię, same Czerwone Kapturki i wilk. Byłoby tak do dzisiaj, gdyby nie to, że wilk powyżerał prawie wszystkie babcie i prawie wszystkie Czerwone Kapturki. Została tylko jedna babcia, jeden Czerwony Kapturek i wilk. Ostatni Czerwony Kapturek niósł właśnie ostatniej babci ostatnią kolację.
Czerwony Kapturek : - Jestem Czerwony Kapturek! Hej! Niosę koszyk do babci. W koszyku mam same dobre rzeczy - placek, herbatę, placek... i inne dobra. Dobra! Dobra, dobra.(śpiewa):
Idę do babci przez ciemny las,
Ale nie boję się zwierza.
Mogę na przykład co jaki czas
Naprać zająca lub jeża.
Babcia tam czeka i głowi się,
Co wnuczka w koszu przynosi,
Więc jak najszybciej dotrzeć tam chce,
Bo babci myślenie szkodzi.
(Nie wiadomo skąd wchodzi książe w koronie, szukając czegoś na ziemi)
Książe : - Dzień dobry, panienko.
Czerwony Kapturek : - Hej! A dokąd to idziesz w tej złotej czapce?
Książe : - Idę pocałować brzydka ropuchę, żeby zamieniła się w śliczną królewnę.
Czerwony Kapturek : - O, to wielką moc mają twoje pocałunki.
Książe : - E tam, w bajkach wszyscy to potrafią.
Czerwony Kapturek : - To poproś kogoś z bajki, żeby ciebie pocałował.
Książe : - Na pewno poproszę.
(Książe wychodzi nie wiadomo dokąd)
Czerwony Kapturek : 
Muszę do babci, bo babcia och,
jest dobra od stóp do głowy,
całemu światu wyśpiewam to,
tylko nie powiem wilkowi...
(Wilk pojawia się bez korony i bez uprzedzenia i staje za plecami Czerwonego Kapturka)
Wilk : - A czego mi nie powiesz, Czerwony Kapturku?
Czerwony Kapturek : - A tego, że idę do babci. (dryń)
Wilk : - A dlaczego mi nie powiesz?
Czerwony Kapturek : - Bo babcia jest dobra, a ty wszystko co dobre, to by zaraz zjadł.
Wilk : - O, nieprawda! Nie wszystko; mam tutaj bilet autobusowy. Dobry, nie zjedzony. Dam Ci go, jak mi powiesz, gdzie mieszka babcia i z czym najlepiej smakuje.
Czerwony Kapturek : -I tak ci nie powiem, że babcia mieszka pod numerem drugim i najlepiej smakuje w sosie brzoskwiniowym.  (dryń)
Wilk : -To chociaż powiedz, gdzie jest ten numer drugi.
Czerwony Kapturek : -Nie powiem - Czerwony Kapturek zatyka sobie usta ręka, ale potem spod ręki konfidencjonalnie szepcze - Ale mogę pokazać. Pokazuje   (dryń)
Wilk : -To ja lecę, he he he he.
Wilk leci w kierunku numeru drugiego
Czerwony Kapturek : -Ja chyba jestem jakaś dziwna. Chociaż nic nie powiedziałam wilkowi, to czuję się jak kapuś.
Znowu pojawia się książe nie wiadomo skąd
Książe : -Halo, panienko, powiedz, czy nie widziałaś gdzieś brzydkiej ropuchy?
Czerwony Kapturek : -Widziałam brzydkiego wilka.
Książe : -E tam, wilki nie są zaczarowane, nie warto się z nimi całować. Jakby zobaczyła ropuchę, to ucałuj ją ode mnie.
Książe idzie szukać żaby (hobbysta, czy co?)
Czerwony Kapturek : -Dobrze, ale ja muszę do babci. Tup, tup, tup...
Narrator: - Kiedy Czerwony Kapturek rozmawiała z księciem, wilk udał się do babci i dokonał na niej konsumpcji. Następnie przebrał się za babcię i postanowił zaczekać.
Wilk : -A zaczekam, zaczekam.
Czerwony Kapturek : -Na kogo zaczekasz?
Wilk : -Na Ciebie, Czerwony Kapturku.
Czerwony Kapturek : -Pardonsik, czy my się znamy?
Wilk : -No przecież jestem twoją babcią.
Czerwony Kapturek : -Bez jaj. Nie wyglądasz jak babcia. Dlaczego ty masz takie duże zęby? Dlaczego ty w ogóle masz zęby?
Wilk : -Bo ja jestem babcia do orzechów.
Czerwony Kapturek : -Ty coś kręcisz.
Wilk : -A, kręcę, kręcę, bo zjadłem już babcię i chętnie bym jeszcze coś przekąsił.
Czerwony Kapturek : -Ja się nie zgadzam, żebyś ty mnie przekąsił, mam dużo cholesterolu, zaszkodzę ci, ugryzę cię w żołądek...
Wilk : -To najbardziej gadatliwy obiad w moim życiu.
Ze względu na szczególne okrucieństwo tej sceny, konsumpcja Czerwonego Kapturka odbędzie się za kulisami.
Czerwony Kapturek : -Aua, moja ręka, aua, moja noga, aua, moja druga noga! Babcia? Posuń się!
Wilk : -Ale się najadłem.
Dobrze jest brzuch pełen mieć,
Pełny jak magazyn.
Nie wiadomo, kiedy jeść
Znowu się przydarzy.
Z pełnym brzuchem chodzę dziś,
Co mi głód i nędza,
I tak dobrze byłoby,
Tylko... coś mnie skręca.
Halo, Czerwony Kapturku, miała rację, zaszkodziłaś mi. Muszę do doktora od brzucha. Ale czy w tej bajce jest doktor od brzucha? Nie, nie ma doktora od brzucha, są tylko same brzuchy.
Klasycznie już pojawia się książe w nieco pochylonej pozycji; ciekawe czemu?
Książe : -Żaba, żaba...
Wilk : -Te, narzeczony żaby, znasz się na brzuchach?
Książe : -Czy się znam? No, oczywiście! Najlepsze brzuchy rosną na Babiej Górze
Wilk : -No to pomóż, złociutki! Bo wiesz, przejadłem się babcią z Czerwonym Kapturkiem.
Książe : -O, szykuje się płukanie żołądka! Dziewczęta, uwaga, będzie prysznic!
Narrator: - I wziął książe wilka na płukanie żołądka. Płukał, płukał, aż wypłukał Czerwonego Kapturka.
Książe : -Hi, hi, hi, miło cię znowu widzieć, Czerwony Kapturku, choć wyglądasz jak z gardła wyjęta. E, a gdzie babcia?
Czerwony Kapturek : -Babcia okazała się zbyt lekkostrawna i właśnie przed chwila minęła dwunastnicę.
Książe : -Uuuu, szkoda babci.
Czerwony Kapturek : -Bardzo szkoda babci.
Książe : -Oj, szkoda, szkoda.
Czerwony Kapturek : -Szkoda...
Książe : -Bab ci szkoda.
Czerwony Kapturek : -Taka fajna babeczka była...
Narrator: - I w ten sposób wilk zjadł ostatni babcię. Tu należy dodać, że kto zjada ostatki, ten jest piękny i gładki.
P.S. A babci to jednak naprawdę szkoda!

No to tyle:)
 Pozdrawiam: Stasia


poniedziałek, 15 lipca 2013

Dzień bez telefonu komórkowego(KDN)#6

Dzień bez telefonu komórkowego. Co?! BEZ komórki?! Czy ja źle widzę?! No nie! Ale, ale jak to?! 

Telefon komórkowy to taka ważna rzecz... Dzięki niemu wiemy co się dzieję dookoła i w ogóle... Możemy sobie pograć, pochodzić po internecie, esemesować...
No dobra, nie dramatyzujmy. Mnie nie raz zdarzyło się żyć bez komórki. Potrafię nawet tydzień bez niej wytrzymać, ale... Ale trzeba umieć się wczuć w całą dzisiejsza młodzież z super wypasionymi bajerkami w telefonach! No i co, co oni teraz czują!? Przecież aż ręka świerzbi żeby sobie pograć, albo czatować albo chociażby pół godziny rozmawiać z koleżanką! I oni tak po prostu mają całe 24 godziny nie używać swoich cegiełek? Całe 1440 minuty nie dotykać dotykowych ekraników (swoja drogą teraz każdy telefon jest dotykowy. Można go dotknąć :D)?! Aż 86 400 sekund nie cieszyć się swoimi cudeńkami?! No wiecie państwo! Dlaczego?!

Można byłoby powiedzieć, że to ćwiczenie silnej woli i w ogóle, ale... to nie na nasze siły! Można byłoby powiedzieć, że to dla dobra wszystkich ludzi, którzy uzależniają się od komórek, ale... Przecież komórka to taka pożyteczna rzecz!

Dobra. Koniec wywodów z punktu widzenia młodzieży. Czas na okropna prawdę. Z roku na rok telefony są coraz lepsze. I co my mamy na to poradzić? To nie nasza wina ;D


Ja ten dzień spędzę z telefonem, dlaczego? Bo będę wyjeżdżać z cudnego świata kolonii w świat domowej codzienności. No, a wiecie jak to jest : "Już dojeżdżamy. Za dwadzieścia minut będziemy..." itd. A uwierzcie dałabym radę bez telefonu komórkowego! Ej! A gdzie wiara w moją osobę (widzę te złośliwe uśmieszki!).



Dodatkowo: Mój życiowy rekord to 200 SMS jednego dnia. :-)

Pozdrowionka!  Stasia


czwartek, 4 lipca 2013

Święto mleka (KDN)#5





Ile tych świąt dzisiaj! Mleka i hot-doga. jaki to ma w ogóle ze sobą związek? Może hot dogi macza się w mleku?

1. Mleko to moje ulubione słowo. Wymawiając je, czuję się jakbym miała właśnie tę ciecz w buzi. Spróbujcie. Mle-ko, Mleee-ko. Mleko! I jak? Udało się?

 Kampania społeczna „Pij mleko! Będziesz wielki”

2. Pamiętacie akcję "Pij mleko będziesz wielki"? Otóż ja na tej akcji szczerze się zawiodłam. Tak, za-wiodłam! Bardzo często oglądałam reklamy z tym właśnie hasłem i co? I okazało się, że to jest czyste
kłamstwo! Codziennie piłam mleko. Rano (z płatkami) plus czasami kakao i co?! I wcale nie jestem wielka! Mierzę metr pięćdziesiąt dwa i ludzie myślą, że chodzę do czwartej klasy! Phi!

3. Jestem dziwna! Mnie bardziej smakuje mleko z supermarketu niż te prosto od krowy, tej na wsi... A jak te biedne mućki muszą się wycierpieć, żebyśmy pili mleko w butelkach... Ech... I tak jakoś nie mam wyrzutów sumienia pijąc mleko, albo jedząc hamburgera. Najwidoczniej nie jestem weganką. Kiedyś byłam z przyjaciółką w McDonaldzie. Laura powiedziała, że zapyta kasjerkę czy powie jej ile jest McDonaldów w Polsce i ile w każdym z nich dziennie sprzedają hamburgerów. Kiedy zapytałam ją po co chce o to pytać, odpowiedziała ze śmiechem "chcę wiedzieć ile dziennie krów zabijają". ;-)


4. "Nie warto płakać nad rozlanym mlekiem". Dlaczego akurat mlekiem? Czy w tym przysłowiu jest ukryta wiadomość? Jak tak, to jaka? Może mleko symbolizowało kiedyś szczęście? Bo dlaczego niby ktoś miałby płakać nad mlekiem?

I to tyle :-)
                                                                           Pozdrawiam: Stasia (Po jutrze wyjeżdżam na kolonię i wracam piętnastego. Ech... nie mogę się już doczekać! )






Dzień hot doga (KDN) #4

Witajcie!
Ja mam sklerozę. Zapomniałam napisać posta do dnia UFO. No cóż... Dzisiaj może nie jest tak ciekawy dzień, ale coś się wymyśli  :)

Dlaczego hot DOG ?! No właśnie. Skąd w nazwie pies? Czy możemy obawiać się najgorszego? Hot dog w przetłumaczeniu na polski znaczy gorący pies. Czy to oznacza, że słynna parówka z bułką jest robiona z... psa?! Ech... To by było straszne! Wyobrażacie sobie?! Jecie sobie Hot Doga, a wasz pupil patrzy na Was jak na mordercę. Brr...No bo w sumie... Człowiek jest mordercą, ale świń, kur, jaj i tego typu zwierząt. Nie swoich domowych pupilów! 
Jednak parówka w Hot Dogu smakuje identycznie jak ta zwykła. Czyli skąd nazwa? Poszperałam trochę w internecie (widzicie?! Poświęcam się!) i znalazłam. 


"Kiełbasę jedzono już w 1500 roku przed naszą erą. W różnych krajach jadano różne kiełbasy. We Frankfurcie wynaleziono "Frankfuterki", czyli ostre w smaku, podwędzane i cienkie kiełbaski. Zanim więc hot dogi stały się współczesnymi hot dogami, nazywano je kiełbaskami frankfurckimi albo po prostu jamnikami. Za nazwę "hot dog" powinniśmy być wdzięczni Takowi Dorganowi, rysownikowi z gazety Hearsta, który w 1906 roku podczas meczu baseballowego nasłuchał się sprzedawcy, zachwalającego "piekielnie gorące, jamnikowate kiełbaski" i wykonał rysunek , przedstawiający jamnika, rozciągniętego na podłużnej bułce, opatrując go podpisem "kupujcie gorące pieski", po angielsku "Get your hot-dogs. Od tej pory hot dogi zawładnęły sercami Amerykanów."
Domyślilibyście się? Bo ja w życiu! No... może myślałam, że to od jamnika, bo jamnik jest dłuuugi. :-)


Mój dzień hot doga, nie był najlepszy :( Kupiłam sobie jednego w sklepie, jak byłam na basenie. Z radością przyjęłam francuską odmianę tego posiłku. Jakie było moje rozczarowanie, kiedy odkryłam ile wsadzili mi do niego musztardy! Ble! Nienawidzę musztardy. Może bym ją jeszcze wytrzymała, ale było jej więcej od samej parówki... Ech... Szkoda gadać!

Dodatkowo: Dzisiaj nic... ;-/

poniedziałek, 1 lipca 2013

Dzień Psa (KDN)#3

Pies to ssak. Może być czystej krwi (rasowiec) lub być mieszańcem (kochany kundelek :-D).
Nie będę się rozpisywać. Wszyscy wiemy kim jest pies.
No, a teraz napiszę coś o moim psiaku- Maksiu. Maksiu jest Jack Russelem Terierem. Ma mnóstwo łat (po mamie) i cętek (po tacie). Kiedy przyszliśmy po niego do hodowli chodził wszędzię z dwoma psami. Był lekko nieśmiały. Jego bracia i siostry latały w tę i z powrotem przynosząc pani kółeczko. Ich mama warczała na każde z dzieci, które ośmieliło się podać kółeczko opiekunce. Tylko psia mama miała do tego prawo :-) Gdzieś z boku trzymał się prawie ślepy, ogromny pies. Siedział sobie jak na staruszka przystało i łypał wkoło swoimi zmęczonymi oczyma. Kilka Jack Russelków uwieszało się na nim, a ten, poczciwiec ani drgnął!
Maczek (braciszek Maksia) z zapałem ciągnął mnie za włosy, przez co opiekunka zamknęła go w schowku na siano. Kilka miesięcznego pieska z rodu spanielów, rodzeństwo mego psa ciągnęło za uszy. Biedaczek! Szkoda, że nie widzieliście jego miny! Z wdzięcznością lizał (a właściwie lizała) mnie po twarzy gdy go ( w sumie ją) uratowałam.
Maksiu nie był zadowolony gdy go zabieraliśmy. Na początku nic nie jadł, a na spacery wcale nie chciał wychodzić. Na szczęście jest już do nas przywiązany, radosny i pełen energii. Wyrósł nam na pieszczocha... :-)

Tu mała sesja zdjęciowa mokrego Maksia :-)










W naszym domu był też kiedyś kundelek.
Moja  ciocia (jak mnie jeszcze nie było na świecie) wraz z koleżanką mijały oczko wodne za kościołem. Nagle spostrzegły, że w wodzie, przy brzegu próbuje uratować się maleńki szczeniaczek. Uratowały go i ciocia zaniosła go do domu. To była suczka, którą potem nazwano Kirą. Kira kiedy została "zaadoptowana" mieściła się w kieszeni od koszuli, taka była maleńka! Zdechła mając dwanaście lat, ja wtedy chodziłam do zerówki. :-(

No to tyle ;-)
Do zobaczenia

środa, 26 czerwca 2013

Dzień Smerfa!( KDN)#2

Ojej... Dzień Smerfa był wczoraj... No nic! Nadrobię zaległości. Oto wykonane przeze mnie (na tę okazję) figurki. Cała Smerfowa rodzinka! ;-)





Osiłka wykonałam z tutorialu, a inne smerfy na podstawie Osiłka. Ech... Smerfetka nie wyszła za pięknie. Wygląda jakby mówiła lol... No cóż. :3



Teraz krótkie oprowadzenie po krainie tych uroczych, niebieskich stworzeń.

Smerfy mieszkają w Wiosce Smerfów- cóż za oryginalna nazwa! Znajduje się ona w bardzo oczywistym miejscu, którego Gargamel (negatywna postać) nie może nigdy znaleźć. Co za pech!

Papa Smerf to tak jakby wódz, ojciec Smerfów.

W Wiosce mieszkają sami chłopcy (nie powiem przecież mężczyźni...):
-Osiłek
-Ważniak 
-Ciamajda
-Łasuch
-Harmoniusz
-Maruda
-Zgrywus
-Śpioch
-Laluś
-Malarz
-Poeta
-Pracuś
-Farmer
-Drwal
-Marzyciel
-Sasetka, Gapik, Nat
Oraz jedna, mała Smerfetka.

Smerfetka została stworzona przez złego Gargamela, aby zwabić inne smerfy. Niestety (dla Gargamela) dziewczynka dołączyła do wesołej, niebieskiej familii.



Gargamel- Jest to czarownik mieszkający w ponurym zamku. Poluje on na Smerfy gdyż chce zrobić z nich jakiś eliksir.  Jest on opryskliwy, ambitny i ciamajdowaty. Przynosi pecha, potrafi wszystko zepsuć. Nie jest lubiany w gronie czarodziejów. Ogółem... Jest anty szczęściarzem... Biedaczek...
Klakier- to kot złego czarownika. Nie powiem aby przepadał on za swoim panem. Ciągle słyszy on od niego tylko  przeciągłe "Klaaakieeeeer!" A co do imienia kocura. Podejrzewam, że pochodzi ono od ludzi zwanych kiedyś Klakierami. Wynajmowani oni byli dawniej przez, np. aktora aby klaskali i udawali zachwyconych podczas jego występów. Myślicie, że Gargamel wiedział, że Klakier tylko udaje zadowolonego? ;-)Uchm... chociaż, Klakier nawet nie starał się udawać takiego... :-/

Dodatkowo:
Podobno.... Każda odrobiona lekcja powoduje śmierć jednego Smerfa....

Pozdrawiam smerfastycznie , Stasia