.navbar { display:none; }
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cierpliwych słuchaczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cierpliwych słuchaczy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 czerwca 2014

Morze!

Witam, cześć i czołem!
Wróciłam znad morza, ale nie, nie martwcie się - nie było żadnego opalania się, odpoczywania, plotkowania, czy wycieczek do sklepu. Powiedziałabym, że wręcz odwrotnie. Pogoda była, jaka była - deszcz, ciemne chmury, wiatr i mróz, choć przyznam się, że nie przeszkadzało mi to zbytnio. Wiem, wiem: "jak to nad morzem nie przeszkadzała ci paskudna pogoda?!", choć trudno uwierzyć, to własnie tak było ^^

Dzień pierwszy...
Dziesięć godzin podróży, straszne historie i widok na ciemny las oświetlony jedynie przez księżyc. Opatentowałam niezwykły, autokarowy sposób zasypiania! Opierałam czoło o podgłówek fotela z przodu i już odpływałam. 

Dzień drugi...
Spaliśmy w świetnych, drewnianych, dwupiętrowych domkach, których schody musiały służyć do zabijania - dziwacznie powykrawane, tak, że nie raz prawie wywinęłam na nich fikołka. Okolica była sympatyczna - las i jeziorko. Pierwszego dnia włożono nam wiosła w dłonie, zmuszono do przełożenia przez głowę kolorowych kapoków i wymuszono skok do dziwnego obiektu pływającego, zwanego pontonem. Potem słowami "miło było was spotkać" popchnięto w głąb jeziora. I radźcie sobie sami! Bez opiekuna, wokół lodowata woda i niesprzyjający, silny wiatr. Skończyło się trzykrotnym zderzeniem z molo, ugrzęźnięciem na mieliźnie (niezapomniane, spanikowane uderzanie wiosłami o brzeg, na szczęście się uratowaliśmy) i dostaniem długimi gałęziami po głowach. Spostrzegłam, że dziewczęta odznaczają się silniejszym chartem ducha, cierpliwością i pracowitością. Pięćdziesięciu procentom chłopców nie chciało się wiosłować... Zabić i posiekać (jak zwykła mawiać moja koleżanka). 
Po dwóch godzinach wiosłowania, gdy wymęczeni wróciliśmy do domków, wysłano nas samych o 22:00 w las. Było świetnie! Zabawa była prosta:
Podzieliliśmy się na 7 grup, każda dostała wielki kawał drewna z kompasem i przyklejoną mapą, na której wyznaczonych było 10 punktów. Mieliśmy do tych punktów dotrzeć (po ciemku!) i przy każdym odszukać kartkę  przytwierdzoną do drzewa z wydrukowanym znakiem (gwiazdą, krzyżykiem, błyskawicą itp), po czym ten znak przerysować. Po upływie godziny i piętnastu minut mieliśmy wrócić z wypełnioną tabelką. Jeden punkt znajdował się na cmentarzu w środku lasu... Nie pomogło pytanie "a jak będą tam akurat odprawiać czarna mszę?!". Wróciliśmy o 23:00, odnalazłszy 7 znaków :) 

Dzień trzeci...
Wycieczka po trójmieście. W Gdańsku podzieleni na drużyny lataliśmy z mapami i odpowiadaliśmy na pytania związane z pewnymi zabytkami i miejscami. Niech żyją przypadkowi przechodnie i pani z punktu informacyjnego! 
Po południu lot nad jeziorem. Na wysokości piątego piętra przeciągnięto linę, po której my... zjeżdżaliśmy? Oj zapomniałam nazwy tego urządzonka :c W każdym razie wkładaliśmy takie dziwne szelki do których przyczepiali hak z linką umocowaną do liny nad jeziorem i siuuup popychali nas z wysokości (jak już wspomniałam) piątego piętra, a my "lecieliśmy" nad jeziorem, po czym zatrzymywaliśmy się zwisając nad brzegiem i wychowawca na rowerku wodnym po nas podpływał i zdejmował z tej liny. Jeśli ktoś za szybko wcisnął taką wajchę, zanim pod nim znalazł się rowerek wodny... plum, lądował po szyję w lodowatej wodzie. 
Wieczorem była dyskoteka na plaży, podczas której jacyś pijani chłopcy z innego obozu zaatakowali nas gazem pieprzowym. To naprawdę niezwykłe uczucie, jak gdyby ktoś sypał ci do gardła, oczu i nosa pieprz. 50 osób pokładło się na ziemi kaszląc. No, ale większość osób przyznała, że nie chciałaby cofnąć czasu, to było... ciekawe i jak nie patrzeć lekko śmieszne. 
Wycieczkę uzupełniam zdjęciami z oceanarium ^^
Latałam jak szalona z aparatem w dłoni, czytając informacje o rybach... :D A budynek był czteropiętrowy! 


Nawet nie wiecie, jak trudno było ja uchwycić. To Rozdymka (nie wiem, czy naprawdę tak się nazywa)
pływała w tą i z powrotem w zawrotnym tempie. 
Ta ryba mnie przeraża! Wygląda jak duch...
Trzęsło się to niezmiernie, dlatego zwróciłam uwagę. Kiedy grozi jej niebezpieczeństwo
wyrzuca swoje wnętrzności! Po 9 dniach je... rekonstruuje? 
Dzień czwarty...
Czyli Malbork (!!!:D) i pożegnalna dyskoteka. 

Fajka wykonana caluteńka z bursztynu! 0.o



Bursztynowy pendrajw i mój kciuk na górze ^^


Tak kiedyś wyglądała reklama osoby wykonywającej broń, czyli jak można jej użyć...

Dzień piąty...
Zostałam drezyniarzem! Co to drezyna? Takie urządzonko co porusza się po torach. Na pewno kojarzycie z kreskówek. Napędza się to ręcznie... Mój kochany wychowawca stwierdził, że jesteśmy najsłabszą drużyną. "A więc tak?!" pomyśleliśmy. Przez połowę drogi pruliśmy jak szaleni przez tory, śpiewając przy tym donośnie. Jest to pewnie jeden z powodów, dla których dzisiaj tak bolą mnie ręce! ^^
No, ale mam "Prawo Jazdy na drezynę ręczną". ^^ Nie wiem po co mi ona skoro mieszkam w zatłoczonym mieście, ale nigdy nic nie wiadomo!



No to tyle ;) Starałam się zbytnio nie rozpisywać, bo post nie miałby końca! Mam nadzieję, że cokolwiek zrozumieliście...
Pod poprzednim postem pytaliście, co to te "Kształcenie słuchu". Jak zwykle nie sprecyzowałam. To lekcja w Szkole Muzycznej, na której człek uczy się nut, interwałów, ćwiczy słuch itp.

Pozdrawiam serdecznie: Niech żyje morze polskie!

czwartek, 27 marca 2014

27. 03 Dzień Teatru

Witam, cześć i czoooołem!

Nie uwierzycie, dobra uwierzycie - moja rola bezdomnego ujrzała światło dzienne, wnikliwe oczyska oceniających i... widzów. Ale wszystko po kolei.

Rano wszyscy zebraliśmy się w szkole ( o 8:10 czyli... lekcjom dzisiejszym mówię papa), ocenialiśmy moją piękną czapeczkę zapożyczoną od dziadka i zastanawialiśmy się jak ja ułożyć, żeby wyglądała po "menelsku", a dokładniej "po bezdomnemu". W końcu stawiliśmy się na przystanku, z przystanku w szkole - swoją drogą znajduje się ona w jednym z najmniej przyjemnych okolic w moim miasteczku. Metalowe ogrodzenie, podejrzane rujnujące się budynki, jakieś kominy i dziwnego kształtu gimnazjo - liceum. Brr... jak w jakimś zakładzie karnym. nie powiem szkoła w środku jest w miarę przytulna (i sprzedają tanie, ciepłe obwarzanki ^^), ale mogli postawić ją w mniej przestępczym miejscu. Przydzielili nam klasę do języka niemieckiego. Cały nasz zespół (kółko teatralne z podstawówki i z gimnazjum) szybko przyzwyczaił się do pomieszczenia - po kilkunastu minutach wszystkie ławki zasłane były torbami, paluszkami, styropianem, tekturowymi siekierami, kolorowymi spódniczkami, sznurówkami i innymi dziwacznymi (lub mniej) przedmiotami. Do naszego występu zostało jeszcze duuużo czasu, dlatego mogliśmy wykorzystać go jak chcemy. Ups... zapomniałam. Nasze gimnazjalne kółeczko wystawiało sztukę w konkursie teatralnym obejmującym miasto, dlatego jechaliśmy do innej szkoły - bo tam się to wszystko odbywało (skleroza nie boli...) . 
Najpierw zajęłam się mazianiem buzi, żeby przypominała zaniedbaną i brudną. Chodziłam sobie po szkole. W końcu siadłam przy jakiejś ścianie, wystawiłam futerał z karteczką "dziękuję",wrzuciłam miedziaki i dziesięć złoty (zgadnijcie kogo był to pomysł, może się ktoś z Was się domyśla :D). Patrzyłam błagalnymi oczkami na uczniaków. Niektórzy się śmiali. jakaś dziewczyna zagadała mnie i mówiła, że wrzuci mi może 50 groszy, ale chciała wydać je na lizaka. Nie pomogło "ty masz chociaż dom, ja nie", chociaż w końcy stanęło na 20 groszach ^^. Wygłupiałam się (jak to się mówi) ile wlezie, żeby zapełnić sobie czas. W końcu przyszła kolej na nas. Scena była mała, nawet bardzo. Umieszczono tam prowizoryczna kurtynkę, która nie do końca kryła prowizoryczne kulisy. Naszą widownią były osobistości z innych szkół, czyli, że uczniowie z kółek teatralnych i... jurorzy. 
Weszliśmy, przygotowaliśmy się i wszystko się zaczęło. Uważam, że wyszło przecuuuudoooownie! Koleżanka dobrała świetną muzykę, wymyśliła nawet choreografię, no i mieliśmy w swoim zespole niezwykle utalentowanych Sebka i Sarę. A jak mi poszło? Ech...Weszłam z uśmiechem na twarzy, stanęłam gdzieś z przodu (koleżanka wrzuciła mi moje 10 złoty). Grałam próbując utrzymać uśmiech. Zamknęłam nawet oczy, żeby wyglądało, że się tak wczuwam. Koleżanka oczywiście była genialna (w sztuce Diana), darła się na mnie dlaczego się uśmiecham, przecież jestem bezdomna, a robiła to niezwykle wiarygodnie. Ja nie byłabym sobą gdybym się nie pomyliła, ale improwizowałam jak się dało. Nawet jakaś jurorka się do mnie uśmiechnęła, nie pozostałam dłużna, a co? 
Byliśmy z siebie dumni. No i dostaliśmy... uwaga, uwaga... pierwsze miejsce!!! Darliśmy się, skakaliśmy ze szczęścia. Ja byłam lekko zdziwiona, bo myślałam, że inna szkoła dostanie to miejsce. Tak więc czeka nas dwunastego kwietnia występ w teatrze :D Nie mogę się doczekać!!!

A teraz wyjaśnienie, dzisiaj jest Dzień Teatru (Kalendarz DN) stąd taka przydługa notka, no i też dlatego odbył się dzisiaj ten konkurs :) Nie martwcie się nie będę Was katować takimi długimi notkami, bo pewnie padacie z nudów przed komputerami, laptopami, telefonami czy też tabletami! 

Chyba z tamtego roku zdjęcie... żeby pokazać jak wyglądała
scena ;) 
Pozdrawiam: Stasia

sobota, 22 marca 2014

Wiosna! Cieplejszy wieje wiatr!

Nawet nie wiecie jak bardzo się zdziwiłam, gdy wychodząc ze szkoły poczułam, że coś mi intensywnie nagrzewa policzek! Słońce?! To na tym świecie jeszcze coś takiego jest? Przez tyle ponurych dni lało, padało, że człowiek miał prawo zapomnieć. Teraz staram się wychodzić wcześniej do Szkoły Muzycznej, by korzystać ile się da z tego darmowego grzejnika na niebie ^^ 
Powiem więcej... byłam dzisiaj nad jeziorkiem, to jest zbiornikiem wodnym. Siedziałam wraz  z przyjaciółką na futerale księdza, ksiądz grał na gitarze, a  dwa osobniki nie chciały śpiewać, bo jeszcze jakiś przechodzień usłyszy. Tak oto zmarnowaliśmy szansę na nastraszenie kaczuszek. Ach ta ludzka wstydliwość! 

Zbliża się mój bezdomny debiut! Już niedługo będę miała zaszczyt zagrać flecistkę na dworcu i to w obszarpanym swetrze. Trzymajcie kciuki! 

A teraz coś czego tu nigdy nie było, czyli... "czego nie lubię". Pomysł zapożyczyłam od Poli (mam nadzieję, że się nie gniewasz). Nie miałam pomysłu na posta, a też nie chciałam bez przerwy męczyć Was moją pupilką - Truposzką. 

Nie lubię gdy mówią na mnie Staśka - To jest naprawdę denerwujące. Albo Stachu, Stasiek... Co jest takiego w tym imieniu, że ludzie lubią go przekręcać, zmieniać byle by nie proste "Stasia". Dlaczego na Karolinę nie mówią Karol, a na Olę Olek... Tylko nad tą Stasią się tak męczą!

Nie znoszę biedronek... - dlaczego dzieci kochają tak te stworzonka? Brzydkie to, głowa przypomina kask rozzłoszczonego robota... i te kropki! Nie... To jest najgorsze co może być - biedronka!

Nie lubię "szczerości"- nie chodzi mi tu o szczerość jako taką, tylko o ten pretekst, żeby kogoś obrazić. "Jestem szczery więc go przezywam". Strasznie mnie to denerwuje. Czy aż tak trudno jest trzymać język za zębami? Rozumiem, żeby się komuś coś wymsknęło, ale tak specjalnie sprawiać komuś przykrość? Nieee... to nie w porządku. 

Nie znoszę słuchać początkujących skrzypków - to brzmi tak... okropnie, że tylko uszy zatykać. Współczuję rodzeństwu, które ma za brata/ siostrę skrzypkowego muzyka. Już lepsze jest przejeżdżanie paznokciem o tablicę...  no dobra, bez przesady. 

Nie lubię języka angielskiego - Już same początki z tym językiem były dość... drastyczne. Pierwsza lekcja angielskiego polegała na tym, że nauczycielka się na naszą klasę darła, kazała wstawać i robić słoneczka rączkami. Potem mieliśmy nauczyciela, który tylko grał z nami w kalambury (wcale nie musiały być  to angielskie kalambury). Jedną panią mieliśmy naprawdę w porządku (nawet śpiewała w zespole), ale wyjechała do innej szkoły :( Nie wiem czy kiedykolwiek polubię ten język. Polski jest przecież taki ładny! Po co mi inny?

Nie lubię rapu - dla mnie jest to tylko szybkie mówienie... Zawsze brzmi tak samo ^^

Nie lubię Tesli - tyle się o tym naukowcu nasłuchałam, że od jego imienia uszy mnie zaczynają boleć...

Pewnie tych rzeczy uzbierało by się duuużo, ale nie wolno być takim pesymistą, co nie? Powiedzmy, że nie lubię tylko tylu. 

A już niedługo kolejny rozdział Truposzki. Błahahahaha! 

Pozdrawiam serdecznie

czwartek, 2 stycznia 2014

Szkoła przetrwania ^^



Hejooo!
Dzisiaj byłam w szkole, prawie usnęłam. Pani z niemieckiego pytała czy dobrze się czuję, a kolega stwierdził, że wyglądam na chorą. Widzicie?! Szkoła jest zła! Jeszcze wczoraj byłam zdrowa i wesoła! A dzisiaj? Wraz z nadejściem lekcji odeszła anergia. Na szczęście jutro już koniec udręki :3 I znów będzie się można cieszyć życiem. No dobra, dobra... Dramatyzuję, Trzeba się cieszyć, że nie zamontowali krat w oknach, że nie ma strażników, że można biegnąć na przerwach (w sumie to nie można, ale dla chcącego nic trudnego!) do domu po pracę domową, jak się zapomniało. Ze mnie jest akurat taki nieszczęśliwy przypadek, że ciągle zapominam. I, że nie każą nam jeść niezidentyfikowanych obiektów, że kucharki i higienistka nie latają po korytarzach z tasakami. Że psycholog nie jest stuknięty, choć w sumie nie wiem. Teraz jak tak spojrzeć to szkoła to urocze, lecz nudne miejsce... ^^ Niestety, albo stety - czasem są zdarzają się... odbiegający od normy nauczyciele.



Niestety:
Kiedyś była taka nauczycielka wf-u, która kazała mi czekać, bo gadała z swoją koleżanką, gdy mi tryskała krew z palca , kapała na parkiet, a higienistka była nieczynna. Umch... nieszczęśliwy przypadek nauczycielki, która nienawidzi dzieci i swojej pracy. Wyobrażacie sobie jedenastoletnie dziecko z podkówką na twarzy gapiące się na swoją krew i przerażonych klasowiczów (to jest kolegów i koleżanki z klasy), a na środku tego wszystkiego gadającą nauczycielkę?! Hehe... ale straszniejsze jest wyobrazić ją sobie stojącą na rękach... Dobra, przestaję! To jest okrutne z mojej strony. W sumie czasem (ale naprawdę czasem, czasem, czasem) była miła... Taaaak....

Stety:
Jest sobie taka... umch, polonistka. Ma białe, dłuuuugie, rozpuszczone włosy, czarne, ostre tipsy i wzrok bazyliszka, którego nie da się wytrzymać powyżej 5 sekund - nie jeden śmiałek próbował, lecz kończyło się krzykiem "niech pani nie zamienia mnie w kamień" i upiornym śmiechem nauczycielki. Kiedyś dyktowała nam, niewinnym dzieciom wiersz.
-Spotkacie się z tym autorem jeszcze wiele razy w klasie pierwszej, nie osobiście oczywiście - mówi
- Dlaczego? - pyta ktoś w klasie (ech... te bezsensowne pytania!)
- Bo nie żyje - odezwał się taki jeden, wielki jak tyczka, rzucający "sucharami" chłopak.
A polonistka zaczęła się śmiać...
(jednak bardzo lubi tą panią ^^ Trzeba naprawdę ostro wkuwać na jej lekcjach i być zdyscyplinowanym, ale czasem potrafi się tak ładnie uśmiechnąć!)

A teraz odejdźmy od szkoły, ale tylko odrobinkę.

Sylwester rok 2013/2014.
Patrzę na kolorowe niebo i słucham wybuchów, fajerwerków oczywiście. Stoję zwrócona twarzą na ponure mury szkoły. Nagle przebiega po polance przed budynkiem, zakapturzony czarny cień. Przebiega szybko pod światłem latarni, przykleja się do murów i umyka dalej, dalej, dalej...




Wyobrażacie sobie w nocy zobaczyć takiego ktosia? Teraz należy nacisnąć guziczek uruchamiający wyobraźnię i... ten... eee... no... wiecie o co chodzi!..
Od razu nasunęła mi się myśl, że jest to uciekinier z sierocińca. Widziałam taki dom dziecka w środku lasu (?!) Więc ów zakapturzony cień to chłopiec z tego właśnie sierocińca. Uciekł bo chciał chociaż raz w życiu zobaczyć fajerwerki, gdyż ich opiekunka nigdy im na to nie pozwalała. Mawiała, że jest to demoralizujące, gdyż uczy fascynacji do ognia itp. W noc sylwestra zawsze każe dzieciom iść spać o 19:00...W dzień swoich  15 urodzin,czyli w sylwestra  nasz marzyciel ucieka i... dalej już wiecie! :D
Wiem, wiem... równie dobrze może być to pijaczyna uciekający przed kumplami, ale czy ta pierwsza wersja nie jest lepsza?

Pozdrawiam serdeczniutko: Stasia

wtorek, 24 grudnia 2013

Święta, święta... ciepłe święta :(

Wypadałoby coś napisać - prawda? Zbliżają się święta... co ja gadam! Dzisiaj jest wigilia! Pewnie nie macie czasu w ten zabiegany dzień choć zerknąć na swoje bloggerowskie kąta, ale jako członek tej społeczności posty pisać muszę - czy jest czas, czy nie ma. Nie wchodziło się ostatnio do Was - wiem, wiem, ale wybaczcie. Stasia się poprawi. Ostatnio każdy post się tak zaczyna, i jest poprawa? Nie ma!


Ostatnio to moje miasto mnie przerosło. Nie wiem jak to jest w innych rejonach Polski, ale u mnie, w centrum jest straszno! Nie chodzi o ciemne zakamarki, choć te o zmierzchu przyprawiają o dreszcze. Chodzi o tę całą siatkę ulic, jak w jakimś labiryncie. mieszkam w tym mieście 13 lat, a gubię się w centrum. Szkoda gadać. Ostatnio wybrałam się tam po prezenty - sama, z ranka.Na początku było dobrze. Austobus – nic skomplikowanego. Potem przy dworcu – też nic nadzwyczajnego, ale kiedy zaczęłam szukać, wydawało mi się, że nigdy tam nie byłam, to znaczy w centrum . Tym bardziej, że takie małe, nieporadne stworzonko jak ja nie ma zmysłu orientacji w terenie.

Czy byliście kiedyś w takim miejscu gdzie jest tysiące skrzyżowań, mnóstwo budynków i  musisz znaleźć w nich ten JEDEN? Jeśli tak to wyobraźcie sobie, że jesteście Stasią, a będzie jeszcze gorzej. Byłam TAM dzień wcześniej, ale i tak się zgubiłam mnóstwo razy i tylko szczęście nakierowało mnie w TO miejsce (mały sklepik). Cieszę się, że w końcu wpadłam na to, że ulica targowa jest przy targu J Kiedy już trzymałam swą zdobycz w mych małych łapkach miałam wrócić. Każdy by się połapał gdzie jest przystanek do którego zbiega się tyle ulic, które jest centrum… centrum i z którego rozchodzi się muzyka. Heh, ale nie ja! Zgubiłam się, aż w końcu zlana potem (było ciepło w ZIME) dotarłam do celu i wróciłam do domku. Wskoczyłam jeszcze po drodze do sklepu z łazienkami? Z mablami do łazienek… akcesoriami, czy czymś takim. Musiałam wyglądać nieporadnie, gdy zwisały mi te moje szare rękawiczki  i gdy szłam wokół błyszczących białych przedmiotów mówiąć  „eeee… dzień dobry? Czy ma pan silikon?”
W każdym razie wyszłam uśmiechnięta bo ten pan był sympatyczny i poprawił mi poczucie humoru.
A na koniec… Wszystkiego najlepszego! Choinki, opłatka, prezentów, jedzonka! Przyjemnej atmosfery i oczekiwania nadejścia Dzieciątka.
Pozdrawiam Stasia

czwartek, 28 listopada 2013

Błachachachacha! Czyli występują...

UWAGA! Możesz nic nie zrozumieć z tego posta, albo dostać ciężkiego urazu psychicznego...XD

Na kółku teatralnym często dzielimy się na dwie grupy i robimy scenki. Nie wolno podczas nich nic mówić. Można wydawać nieartykułowane dźwięki i żywo gestykulować.
Oto scenka wymyślona przez moją małą osobę. Tak to ja!

Na środku stoi klocek z pianki. Wchodzą dwie dziewczyny (wysoka i mniej wysoka). Jedna ma na głowie różowy krążek ,a druga pachołek drogowy. Ta z  pachołkiem oprowadza drugą z krążkiem. Pokazuje jej klocek z pianki. W końcu ta z pachołkiem odchodzi. „Różowy krążek” siada na klocku.

Wchodzę ja :D Robię „hihihihi” i ocieram rączki robiąc chytrą minę. Kłaniam się „różowemu krążkowi”. Trzymam w ręku kręgiel (który ma być butelką). Daje „krążkowi” dotykając głową jej stóp. Odmawia. Znów jej daje. Wącha i przykłada usta do butelki. Ja trzęsę się udając chichot. „Różowy Krążek” pada nieżywy na ziemię. Szyderczy śmiech wychodzący z moich ust. Przychodzi ta od pachołka.
(rozumiecie cokolwiek?)
Ja się chowam. "pachołek drogowy"- no dobra! Będę pisać „Justyna” bo tak będzie prościej. A więc Justyna wchodzi i widzi martwą dziewczynę. Pada na kolana i zaczyna płakać. Ja w tym czasie podchodzę i wbijam jej miecz (plastikowy kij) do gardła. Justyna pada martwa. Ja wychodzę wchodzi Sebek. Sebek ma pod swetrem piłkę, garbi się i tańczy z laską w dłoni. Wyglądem przypomina Dzwonnika z Notre Dam. Tańczy sobie. W pewnym momencie przychodzę ja i szepcze mu coś na ucho. Sebek kiwa głową z chorym uśmiechem na twarzy. Nagle wyskakują dwie Ole, trzymają w dłoniach miecze (plastikowe kijki). Rozpoczyna się walka. Sebek powala Olę nr. 1. Ta trzęsie się w konwulsjach. Ja wyciagam miecz i zaczynam pojedynek z Olą nr.2. Walczymy (uderzami o siebie kijkami). W pewnym momencie Ola uderza mnie w rękę. Zginam ją udając, że zostałam jej pozbawiona. Krzyczę, „boli”. Jednak ostatkiem sił pokonuję Olę. Ale nie! Gdy chcę jej zadać ostatnie uderzenie kijkiem Ola wstaje! Jednak razem z  „Dzwonnikiem z Notre Dam” pokonujemy wojownika. Sebek dla swej chorej zabawy dźga ją kijkiem podskakując. Wszyscy już leżą na podłodze tylko ja i sebek stoimy na nogach. Jednak „Dzwonnik” mnie wkurza bo głupio się śmieje więc uderzam go kijkiem w plecy. Ten pada na podłogę z martwym uśmiechem na twarzy. Pod koniec ja unoszę się 1 minutowym, szaleńczym śmiechem „Błachachachacha!!!”


A teraz wyjaśnię o co w tym wszystkim chodziło…
Różowy krążek”- to następczyni tronu. To co miała na głowie było jej koroną.
Justyna czyli ta z „pachołkiem drogowym” była królową. Ja truję księżniczkę i zabijam królową.

Sebek to psychiczny grajek. Gra sobie, a ja go namawiam by pomógł mi zabić strażników (dwie Ole). Zabijamy je jednak mój pomocnik mnie wkurza więc pada… trupem. Tak o to wygrywam walkę o tron (czyli o piankowy klocek).

I co myślicie?  każdym razie przeciwna drużyna śmiała się, żę hoho! Zwłaszcza kiedy w grę wchodził nasz "Dzwonnik z Notre Dam" ^^

niedziela, 24 listopada 2013

Zbiorowisko Ktosiów

Czeeeeść :)
Ostatnio ciągle widzę posty o tym, że miasta są ponure i brzydkie (też tak uważam), ale... Takiej mi, robi się trochę smutnawo, jak widzi to czarno na białym. Wszystkie te opinie są dobijająco prawdziwe, ale nie byłabym sobą - albo i bym była - jakbym nie spróbowała uratować imienia miast. Zwłaszcza mojego, zadymionego, śmierdzącego i brudnego. 
Mieszkam sobie w dziesięciopiętrowcu. Nie mam nic do tych wielkich betonowych kloców. No bo co można mieć do betonowych kloców? Nie ich wina, że powstały. W takim bloku jest jakieś 130 mieszkań. I teraz wyobraźcie sobie, że na osiedlu jest 10 takich bloków. 1300 mieszkań na przestrzeni kilkuset metrów kwadratowych. Tyle mieszkań, a ile ludzi! 
Pomyśleć, że na swoim osiedlu znam niewielki procent z tych wszystkich ludzi. Ciągle mijam obce twarze, różne charaktery, czasem trafi się ktoś komu mogę otwarcie powiedzieć "czeeeść!"- bo go znam. W moim bloku kojarzę wielu ludzi rozmawiałam z niewieloma. Słyszałam o jakiś 20... Chociaż i tak im wszystkim mówię dzień dobry. Nauczyłam się, że każdego w moim bloku muszę przywitać. 70% to ludzie, których nie znam, ale co tam! To co do tej pory napisałam, wydaje się jednym wielkim minusem - wiem, ale doszłam do wniosku, że blok (ten wielki klocek) może być nawet ciekawy.

Moje miasteczko 

Na drugim piętrze (piętro nade mną) mieszka... ktoś. Jedna wielka niewiadoma. Możliwe, że widziałam tego człeka na oczy, ale nie mogę być tego pewna. Po prostu NIE wiem kto tam mieszka. W moim domu krążą legendy o owym ludziu. Przynajmniej raz w miesiącu musi on coś wiercić. Nie wiem ile razy ten człowiek trzymał w swych rękach wiertarkę, wiem, że ja słyszałam ją już setki razy. Ciągle tylko wierci, wierci, wierci i wierci. 
Może robi sobie co miesiąc remont? Może w dzieciństwie był biedny, jego ojciec pracował w jakimś tam zakładzie. Jako jedyny nie miał wiertarki? Dzieci śmiały się z jego ojca : bezwiertus. Chłopak dostał urazu i jego jedynym celem w życiu było zdobycie wiertarki? Aż w końcu zarobił sobie na nią i wierci, wierci, wierci aż do swojej śmierci?
Może jest jakaś choroba, która każe ludziom używać wiertarki?
Może ten człek ma niezdecydowaną żonę której ciągle nie pasuje położenie półki na książki? I co miesiąc zrywa się z fotela i mówi " Ach! Ja nie wytrzymam. Musimy gdzie indziej dać tę półkę"?
Może ten sąsiad po prostu szpanuje swoją wiertarką? Nie wiem.  Ale miło snuć sobie bajki. ^^

Wiecie ile ludzi dziennie przewija się pod takim blokiem? Zwłaszcza jeśli za rogiem jest sklep? Ja nie wiem. Ale na serio: wiecie? To nie jest pytanie retoryczne.
W każdym razie taki grajek jak ja, musi sobie ćwiczyć. Jest lato upał otwieram sobie okno. A potem okazuje się, że całe osiedle wie, że w tym bloku mieszka "flecistka". Jakiś facet się pyta to Ty grasz na flecie?". Obca Ci dziewczynka, gdy wspominasz, że chodzisz do Szkoły Muzycznej mówi "A więc to Ty tak grasz". Koleżanka z klasy "słyszałam jak wyrzucałam śmieci, że grałaś melodyjkę do Harego Pottera", albo "ludzie stają pod oknami i słuchają" i to jest strasznie miłe. Być takim tajemniczym grajkiem bez twarzy, czymś co po prostu musi być. :)

Często w nocy nie zamykam okna. Nawet nie wiecie o czym ludzie potrafią gadać. Zwłaszcza Ci opici... Nie to nie jest plus, wiem ale czasem zabawnie jest podsłuchać "co w trawie piszczy". Heh. Jak byłam mała strzelałam do takich ludzi z pistoletu na wodę i chowałam się za firanką :)

Smutne jest to, że pewną osobę spotkasz raz - i nigdy więcej. Czasem drogi takich ludzi splatają się, ale to dzieje strasznie rzadko. A nawet jeżeli to często nie zdajemy sobie sprawy, że już tego ktosia widzieliśmy. Kiedyś jechałam autobusem, wyjmowałam bilet z plecaka. Koło mnie stał sobie chłopak (liceum, studia?). Ubrany na czarno, słuchawki w uszach, patrzy gdzieś w dal. Raczej nie wyglądał sympatycznie, wręcz jakby żył w innym świecie. Autobus skręcił i leeeeecę do przodu. Pewnie wpadłabym na tę budkę (czy co to tam jest) kierowcy. A tu ten chłopak szybko jak błyskawica wyciąga rękę do przodu łapie mnie i znów gapi się w dal. Wymamrotałam jakieś "dzięki". I poszłam. Strasznie dziwny był ów "czarny" koleś, ale smutno mi było, że raczej nigdy go już nie spotkam, a nawet jeżeli to nie poznam, że to on. Nie będę mogła zobaczyć czy zawsze słucha muzyki i gapi się w okno. To smutne, naprawdę. Ale też wesołe - mogę sobie wymyslić historię o owym człowieku tajemnicy.


Centrum miasta. Na tym zdjęciu wyszło niezwykle imponująco.
Ciekawe na co czekali Ci ktosie na przystanku???

I to tyle. Mam nadzieję, że nie padliście z nudów. Miasto to taka ogrooomna karykatura, ale i karykatury mają swój urok - co nie? Coś za długi ten post, ale co zrobić. Nie moja wina, że pewien blog pisał o swej "Litwie" i natchnął mnie by napisać o mojej śmierdzącej i szarej Litwie. Może się ów ktoś domyśla o kim piszę ;) A tak w ogóle dużo ktosiów dzisiaj ^^

Pozdrawiam: STASIA 





sobota, 12 października 2013

Zakopana książkami :C

Płakać się chce człowiekowi. Czas płynie coraz szybciej, albo to ja działam na zwolnionych obrotach... Gimnazjum mnie zamęczy! Pamiętacie piękne czasy kiedy post pojawiał się tu co tydzień? To już bardzo daleka przeszłość. Duch szkoły złapał mnie w swoje sidła i nie daje mi grama wolności. Czuję, że Radosna Wariatka popada w ruinę. Nie mając nic innego do roboty, z wielką ochotą opiszę Wam mój... dzień. 

Na wielu blogach czytałam jak urocza jest ich droga do szkoły. Przechodzi się koło jezior, przez mosty. Można odetchnąć w miarę czystym powietrzem. Ja najpierw muszę przedostać się przez dawno nieodremontowany korytarz. Schodzę z niewielkiego wzniesienia przed blokiem. Potem spoglądam na kościół. Pomacham komuś w oknie. Mijam sklep i maszeruję czerwonym chodnikiem. Od czasu do czasu ulicą przejedzie samochód. Jakie to szczęście, że mieszkam na dosyć spokojnym osiedlu! Przechodzę przez ulicę z dawno wytartymi pasami. Koło mnie plac zabaw, przy placu przedszkole. Przy przedszkolu szkoła. Trzeba już tylko pokonać wąską ścieżynkę przecinająca mini łączkę-nie łączkę. Spogląda na mnie kamienny Tadeusz Kościuszko. 
Szkoła jak to szkoła. Szatnie, dzieci siedzące podczas przerw na podłodze. Lekcje, niektóre ciekawe inne zaś nie. Kilku nauczycieli, których darzę szczególną sympatią. Miejsca w których czuję się najlepiej. Uwielbiam siedzieć w bibliotece! Teraz już w niej nie przesiaduje, ale kiedyś... Wraz z przyjaciółką okupywałyśmy ją całymi przerwami. To czytając gazetę, książkę, ucząc się do sprawdzianu, drocząc się z bibliotekarzem.


Po szkole zjadam obiad i mknę na przystanek. Zazwyczaj wychodzę za późno i muszę sprintować. W autobusie jak mi się nudzi gapię się ludziom w oczy, żeby zobaczyć ich reakcje. Odwracają wzrok, próbują się na czymś skupić. 
Potem wysiadam. Ostatnio kierowca się do mnie uśmiechnął i zapytał na migi czy chodzę do szkoły muzycznej ^^ A jak? Chodzę! 
Szkołę muzyczną mamy odremontowaną, z nową salą koncertową. Złoszczę się, że musieli wybudować ją u nas. Teraz o wiele trudniej będzie dostać się na drugi stopień. Ludzie z innych miast zjeżdżają się, żeby do Jana Kiepury chodzić... Ech... No i pewnie kiedyś będę musiała wystąpić w niej  z chórem, albo z orkiestrą. Będą musieli mnie ze sceny na noszach wynosić. Mam straszliwy lęk przed sceną! Kiedyś tak się bałam przed popisem, że krzesło się razem ze mną trzęsło...
A potem do domciu. We wtorki o 19:00. Jest już ciemno. Można zobaczyć jak ktoś w oknie zasuwa roletę. Później idzie się i wyobraża co teraz ludzie robią  w swoich mieszkaniach. Zazwyczaj widzę panią w wałkach na głowie, z białymi włosami i fioletowym szlafrokiem :p

A teraz coś z innej paki:
*Ostatnio zjadłam największą pizze w moim życiu (a właściwie kawałek) 64cm!!!
*Turlałam się ze wzgórza z klasą. Byliśmy w górach.
*Śpiewałam kanibalistyczną piosenkę mojemu wychowawcy...

Pozdrawiam : Stasia


poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Historia naszej poprzecznej przyjaźni :3

No to czas na tekst z serii "z życia wzięte". Dawno takich nie umieszczałam, więc napisałam jeden świeżutki pościk. Mam nadzieję, że Was nie zanudzi. No to... do roboty!
__________________________________________________________

Jak to w szkole bywa, z jednego przedmiotu jest się dobrym z drugiego złym. U mnie tak się stało, że nieźle radziłam sobie z muzyki. Nutki nie były dla mnie hieroglifami, a i naukę na flecie prostym szybko sobie przyswoiłam. Dlatego pani z muzyki zaczęła zachęcać mnie do Szkoły Muzycznej. Więc sobie pomyślałam "Jeżeli pani chce żebym kształciła się muzycznie, to może nie jestem taka kiepska?". Dumałam, dumałam aż w końcu stwierdziłam, że mogę spróbować. Niestety to nie było takie proste, bo... na jakim chciałabym grać instrumencie? Gitara- to było pierwsze co przyszło mi do głowy. Trzymałam się tej myśli, aż w końcu przerodziła się ona w postanowienie. Radzono mi też flet poprzeczny "Skoro na flecie prostym ładnie grasz, to może powinnaś grać na flecie poprzecznym?". Ok. Postanowiłam, że flet będzie moim rezerwowym instrumentem. W końcu nadszedł ten dzień. Przesłuchanie. Stałam sobie na korytarzu z trzęsącymi się dłońmi i bolącym brzuchem. Zza obitych skórą drzwi wyłaniały się dzieci. Jakiś pan wymówił moje imię i nazwisko. Poszłam.
Cztery pary oczy wierciły we mnie niewidzialne dziury.
- Dzień dobry!- powiedziałam to strasznie piskliwym głosem.
-Zaśpiewaj nam coś- zaproponował jeden z panów.
"Wiosna". Ten utwór sobie przygotowałam. W domu nawet ładnie mi szło, ale z widownią... mój śpiew można było wtedy porównać do jeżdżeniem paznokciem po tablicy. Zrobiło mi się smutno- teraz na pewno mnie nie przyjmą.
Potem kazali mi klaskać, śpiewać "lala" z pianinkiem i mówić czy naciskają "dużo", "dwa" czy jeden klawisz.
Na końcu spojrzeli w dokumenty, gdzie napisałam, że chcę grać na gitarze.
-Na gitarę jesteś za stara- tak mi powiedzieli! No to wybrałam flet.
To jednak nie był koniec.
-A instrument rezerwowy?- zatkało mnie.
-Eee...
 Pokazali mi ulotkę i wybrałam (nie wiem dlaczego) puzon!
-Naprawdę chcesz grać na puzonie?- nauczyciel spojrzał na mnie niepewnie.
-Eee... Tak.
W końcu wyszłam! Hip, hip, hurra!
- Będę grać na puzonie- oznajmiłam rodzince- jakby flet nie wypalił.
-Co?! Przecież to jest większe od Ciebie! Dziecko!
"Ups" pomyślałam. No ale co! Spanikowałam na przesłuchaniu.
Potem wszyscy się śmiali wyobrażając sobie mnie z puzonem. Na szczęście dostałam się na flet. Gram już rok i mam fioła na punkcie tego instrumentu. A jak tylko usłyszę jego dźwięk to widzę przed oczami łąki- tak pięknie grają profesjonaliści. Uwielbiam ten instrument, naprawdę. Chociaż ja jestem dopiero początkującym, ale może kiedyś, gdy skończę drugi stopień (o ile się na niego dostanę :D) mój dźwięk będzie przywodził na myśl łąki i góry- kto wie!
Muszę się do czegoś przyznać. Na pierwszym półroczu chciałam wypisać się jakieś dziesięć razy... Taaa... Teraz nawet przez głowę mi to nie przechodzi, ale wtedy. Na szczęście przyjaciółka stopniowo oddalała ode mnie myśl odejście z Szkoły Muzycznej. Nie wiem czy słyszeliście jak gra osoba z trzymiesięcznym doświadczeniem :D Słuchających ręce świerzbią żeby wyrzucić flet przez okno ;)

A tutaj śliczne nagranie :3


_________________________________________

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam na śmierć, prawda? Pozdrawiam serdecznie:Stasia

środa, 26 czerwca 2013

O mnie :3

Teraz się spostrzegłam, że... eee... nie zrobiłam posta o sobie. To przecież blogowa tradycja! Post o autorze musi być, czy tego chcę czy nie! Zrobiłabym stronkę "o mnie", ale to marnotrawstwo stronek! Jakbym nie miała na co ich wykorzystywać...
A więc...
Mam na imię Stasia- to powinniście już wiedzieć :-) Kiedy byłam w przedszkolu nie wiedziałam, że Stanisława to jedno i to samo imię i płakałam, kiedy pani wyczytała tak mnie w dzienniku. Myślałam, że mnie przezwała! 
Chodzę teraz do szóstej klasy. Mam zwariowaną klasę, którą uwielbiam i nie wymieniłabym jej na żadną inną. Przyjaźnie się z Laurą i Konradem, dwoma wspaniałymi ludźmi. 
Uwielbiam matmę, przez co wiele osób uważa, że jestem dziwna. Lubię również muzykę, plastykę no i j. Polski. Gram na flecie poprzecznym i na prostym. Na flet poprzeczny poświęcam mnóstwo czasu. Nawet weekendy. Gram, w duecie z Laurą, która gra na gitarze w sposób klasyczny. 
Jestem trochę... pokręcona. Wygłupiam się nałogowo, a głupawki dostaję najczęściej z moja przyjaciółką. Nie powinnam jeść landrynek ponieważ, dostaję ADHD po nich... Uwielbiam mówić! O! czasem zamiast rozmawiać prowadzę dłuuugaśny monolog. Podobno jestem dobra w opowiadaniu książek i... różnych opowieści. Kiedy to robię strasznie gestykuluję i... no, wczuwam się. Kiedyś jak opowiadałam ulubiony fragment "Bracia Lwie Serce" na lekcji, zaczęłam bić się pięścią (odruchowo), gdyż gestykulowałam. Byłam wtedy przy momencie odciskania Piętna Katli, na piersi jednego z bohaterów...
Mam siostrę z którą (o dziwo) dogaduję się! Jest ona starsza o rok. Często, nieumyślnie mówimy coś równocześnie... Ech...Ta siostrzana telepatia! :-)8
Coś jeszcze? Ach, tak!
Biegam w Zawodach Przełajowych i czasem tam... jakiś medalik się trafi. :3
Piszę książkę i same książki uwielbiam czytać. Z tego powodu też uważa się mnie za dziwną. 
Czego nie lubię?
Nienawidzę szpinaku, osób ą ę i języka angielskiego. Boję się panicznie biedronek i komarów . Śmiać mi się chce z filmu "Zmierzch", no i nie używam przekleństw. 
I ostatnia ważna rzecz:
Jestem chrześcijanką praktykującą, jednak Biblii jeszcze nie czytałam.
Dobra, jeszcze kilka rzeczy:
Mam psa Maksia i chomika Pusię ;-) Lubię występować na przedstawieniach szkolnych. Kiedyś grałam Kopciuszka! :/ żeby to był zwykły Kopciuszek, to by było spoko, ale nie! To był miusical.... Musiałam śpiewać "Jaki on jest przystojny, prześliczny, uroczy. Jakie cudne ma oczy, ma oczy, Hej!". To było OKROPNE!!! Nigdy więcej!

Blogi, które bardzo lubię to:

No i tyle.
Pozdrawiam Stasia :)

(ile dzisiaj postów napisałam! Rekord!)




czwartek, 4 kwietnia 2013

Bałwanek i po bałwanku

Zimowa wiosna... Tak można to nazwać. Pierwsza taka wiosna od naprawdę długiego czasu... Zamiast ciągle na nią narzekać wyszłam z kolegą na dwór. Włożyłam gruby szalik, czapeczkę (tą "Od czapy"), nieprzemakalne rękawiczki (które i tak przemokły) i znalazłam się na  placu (nie mylić z placem zabaw!).
W planach mieliśmy lepienie bałwana. Oto i  on :-D






Kolega robił mu dziwne dziury w głowie...





















Potem zaczął w Gienka rzucać i...

I nie zostało z niego za wiele... :-(